Ruth Newman łączy tu brytyjski klimat z amerykańskimi metodami śledztwa. Seria morderstw w kampusie Cambridge
wskazuje na to, iż ktoś postanowił naśladować legendarnego
Rozpruwacza. Mordercą jest prawdopodobnie ktoś z
wewnątrz. By znaleźć motyw, którym kieruje się Rzeźnik z
Cambridge, policja wynajęła konsultanta. Nie jest to jednak kolejne
wcielenie Sherlocka Holmesa, i chociaż jest lekarzem, to do Watsona
też mu daleko. Proszę się jednak nie zniechęcać, bo siłą
książki nie jest spryt organów ścigania, ale inteligencja
psychopaty. Przez długi czas psychiatra, dr Matthew Denison, waha się między
różnymi możliwościami, aż wreszcie trafia na trop niezwykłego
zaburzenia u jednej ze studentek. Czy to ona zabija, czy jedna z jej
osobowości? A może ktoś inny, żeby ją wrobić? Mocne strony
książki to specyficzna choroba dziewczyny (mamy kilka postaci w
jednym ciele) i miejsce akcji. Nie ma to jak zamknięty teren, małe
skupisko ludzi o zróżnicowanych poglądach i osobowościach. Część
postaci można z miejsca pokochać, chociaż niewiele wnoszą do
akcji (przykład- Godfrey, student, którego pewności siebie jest tak wielka, że może ją przerosnąć wyłącznie jego
cynizm), natomiast do pierwszoplanowych postaci trzeba się powoli
przekonywać, bo z początku prezentują się dość nudno. Doktora
można polubić, bo jest tak szlachetny, uczciwy i wrażliwy, że nie ma się do
czego przyczepić. Przydałaby się jednak jakaś rysa na tym
nieskazitelnym obrazku, odrealnionym przez zbytnie wyidealizowanie. Z
drugiej strony drobne wady wybacza się łatwo tylko geniuszom, a doktor
(chociaż rzetelnie i z dużym poświęceniem pracuje nad sprawą)
raczej się do nich nie zalicza. Główna podejrzana budzi bardziej
litość, niż żądzę sprawiedliwości (czytając, co doprowadziło
ją do zbrodni można zapomnieć o rozszarpanych zwłokach jej
koleżanek). Gdzieś od połowy książki wszystkie elementy
układanki zaczynają się zazębiać. Sprawa jest już w zasadzie
wyjaśniona, ale każdy, kto miał wcześniej kontakt z dobrym
kryminałem wie, że najważniejsze są ostatnie strony. W tym
przypadku także. Zakończenie jest rewelacyjne, rzuca inne światło
na całą historię.
niedziela, 23 marca 2014
wtorek, 18 marca 2014
Siedem
O tym filmie chyba dużo mówić nie
trzeba, a tych którzy go jeszcze nie widzieli odsyłam do jak najszybszego
uzupełnienia swojej kolekcji kryminałów o tę pozycję. Nie tak dawno wyświetlała
go jedna z polskich stacji i nie mogłem sobie go odpuścić, a jako że jest to
jeden z najlepszych kryminałów w historii kina postanowiłem tutaj o nim
wspomnieć.
Siedem, to liczba zabójstw,
których dokonał seryjny morderca w jednym z amerykańskich miast. Na jego tropie
są dwaj policjanci – rozpoczynający swoją karierę David Mills (Brad Pitt) oraz
doświadczony William Somerset (Morgan Freeman). Zabójstwa są zaskakujące,
ponieważ morderca dokonuje ich w taki sposób, aby przedstawić jeden z siedmiu
grzechów głównych, którymi są pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie
w jedzeniu i piciu, gniew oraz lenistwo.
Rosnące napięcie, wprowadzanie
widza w świat morderstw, czy w końcu niesamowita gra aktorska to tylko niektóre
z niezliczonych argumentów przemawiających za tym, żeby ten film obejrzeć.
Siedem należy do tych pozycji, które się nie starzeją. Gorąco polecam.
czwartek, 13 marca 2014
Klasyka w najlepszym wydaniu
Dobre
kryminały dzielą się na dwa typy. W jednym z nich czytelnik czuje
się wciągnięty w akcję poprzez wątki poboczne, czyli życie
bohaterów poza zagadką, która stanowi esencję historii. W drugim
typie owa zagadka jest tak intrygująca, że wątki poboczne mogłyby
nie istnieć. Nie interesuje nas wówczas przeszłość bohaterów
(chyba, że ma znaczenie dla rozwiązania sprawy), ich życie
prywatne (jeśli zbrodnia jest wpisana w to zawodowe), ani tym
bardziej długie opisy, które pełnią funkcję ozdobników
niewnoszących nic do sprawy.
Imię
róży Umberto Eco można
zaliczyć właśnie do drugiego typu. Rdzeń powieści stanowi
zagadka, a wątki poboczne pojawiają się tylko wtedy, gdy mogą coś
do niej wnieść. Miejscem wydarzeń jest klasztor dominikanów-
idealne tło dla morderczej łamigłówki. Giną mnisi, zwłoki
znajdowane są w scenografii przywodzącej na myśl kolejne znaki
zwiastujące apokalipsę. Nic dziwnego, że mieszkańcy opactwa
popadają w panikę. Są przecież ludźmi głębokiej wiary, nie
potrzebują logicznego uzasadnienia, gdy wszelkie biblijne przesłanki
każą im przygotować się na najgorsze. Na szczęście nie
wszyscy. Do opactwa przybywa franciszkanin Wilhelm, który mimo
podeszłego wieku zachował niezwykłą przenikliwość umysłu, która
już w młodości była jego zaletą i źródłem kłopotów. Jednym
z celów jego wizyty jest udział w debacie między dwoma zakonami
(tu historyczny spór między franciszkanami i dominikanami w kwestii
bogactw Kościoła), jednak trudno będzie mu się na tym skupić. W
opactwie działa bowiem zabójca, w którego istnienie początkowo
wierzy wyłącznie Wilhelm i jego młody uczeń Adso.
Po zapoznaniu z książką warto sprawdzić, jak proza Eco wypadła w
ekranizacji. Moim zdaniem całkiem nieźle, chociaż ostrzegam, że
opowieści w książce i w filmie różnią się w kilku szczegółach.
Pierwsza niezgodność to postać Wilhelma. Nie odebrano mu nic z charakteru, ale jego wygląd odbiega znacząco
od książkowego pierwowzoru. Mocno nadgryzionego zębem czasu mnicha
ze starczymi plamami na skórze gra bowiem... Sean Connery. Reszta
bohaterów jest dość zgodna z książkowymi odpowiednikami.
Sytuacja przywodzi mi na myśl inną ekranizacje: Pachnidło,
według powieści Patricka Süskinda.
Tam również mało atrakcyjny fizycznie główny bohater został
zastąpiony ładniejszą wersją w filmie. Czegóż się nie robi, by
przyciągnąć widzów.
Produkcja
dość stara (1986 rok), ale można to uznać za zaletę- miniony
czas podkreśla klimat filmu. Polecam wszystkim, którzy poza
zagadkami lubią także inny rodzaj gimnastyki umysłowej- retoryczne
spory. Gdy bowiem do akcji wkroczy inkwizycja (wiadomo, gdzie diabeł,
tam też inkwizytor), Wilhelm musi zamienić instynkt śledzącego na
przezorność śledzonego.

wtorek, 11 marca 2014
Jest sezon 2.
Postaci
Hannibala Lectera nie trzeba nikomu przedstawiać. Diabelsko
inteligentny psychopata, stanowiący wyzwanie dla najlepszych
przedstawicieli tajnych służb. Dla wszystkich, którzy widzieli
Milczenie owiec już zawsze
będzie miał twarz Anthony'ego Hopkinsa. Dlatego do serialu Hannibal
można podejść sceptycznie.
Dobra, Mads Mikkelsen ze swoją zagadkową prezencją wydaje się
intrygującym odtwórcą tytułowej roli. Ale czy jego oszczędna
mimika wystarczy, by oddać to, co dzieje się w głowie doktora
Lectera? Owszem, radzi sobie doskonale.
Właśnie
rozpoczął się drugi sezon, wyczekiwany przez rzeszę fanów,
której w ciągu sezonu pierwszego dorobiła się produkcja autorstwa
Bryana Fullera. Co przyciąga widzów i nie pozwala im rozstać się
z Hannibalem?
Oprócz
Mikkelsena mocną stroną jest postać Willa Grahama (w tej roli Hugh Dancy, na zdjęciu poniżej), konsultanta FBI
do spraw psychologicznego portretowania przestępców. Na początku
Will wydawał się wyłącznie słabym tłem dla Hannibala. Niby to
analityczny umysł, uosobienie logiki i koncentracji w pracy, ale w
jego zachowaniu widać było dużą dozę zagubienia. Wydawał się
tak cichy i chwiejny nerwowo, że budził irytację. Do czasu.
Tym,
co czyni Willa ciekawym jest żywe zainteresowanie Hannibala. Dr
Lecter widzi w nim w pewnym sensie siebie- jako psychiatra również
zagląda w ludzkie umysły. Pokusić się można o stwierdzenie, że
szuka przyjaciela, choć byłaby to najbardziej skrzywiona przyjaźń
jaką można sobie wyobrazić. Różni ich wrażliwość, która
doprowadzi Grahama do poważnych kłopotów, nie bez pomocy
Hannibala.
Poza
psychologiczną grą tych dwóch panów, uzależniająco działa
także komplikująca doznania estetyczne mieszanka obrazów. W jednej
chwili widzimy Lectera, ze znawstwem przygotowującego wystawną
kolację dla znajomych, a w następnej resztki składników, czyli
zmasakrowane zwłoki.
sobota, 8 marca 2014
Duże złe wilki
Gdy
wilk jest zły, owieczki czeka straszna śmierć. Tak też dzieję
się w tej bajce, napisanej przez izraelską policję,
z tym że tu wilk to pedofil i morderca, a stado owieczek ma czujne i
bardzo brutalne psy pasterskie. Zaczyna się klasycznie- policja
dostaje sprawę: psychopata gwałci, torturuje i zabija małe
dziewczynki, a następnie odcina im głowy (niekiedy w czasie, gdy
dzieci są przytomne). Szybko znajduje się podejrzany- samotnie
mieszkający, cichy i potulny nauczyciel, który nie może (nie przez
nakaz sądowy, ale przez niechęć byłej żony) spotykać się ze
swoim dzieckiem. Wątek przywodzi na myśl Polowanie
z 2012 roku z Madsem Mikkelsenem, ale tu nie znajdziemy smutnej
historii o niewinnie oskarżonym. Do samego końca filmu nie wiemy,
czy ten człowiek jest winny czy nie, co może spowodować u widza
rozchwianie emocjonalne.
Policja zawodzi. Po brutalnym przesłuchaniu, którego nagranie
trafia do sieci, jeden z funkcjonariuszy zostaje zawieszony. Zaczyna
(po delikatnej sugestii szefa) śledzić podejrzanego. Angażując
się w pościg nie zauważa, że sam jest śledzony. Tu do akcji
wkracza postać numer jeden filmu- ojciec jednej z zamordowanych
dziewczynek. Chce tylko odzyskać głowę córki (inaczej nie będzie
mowy o odpowiednim pogrzebie). W tym celu organizuje własne
przesłuchanie. Jeśli podejrzany myślał, że to poprzednie było
brutalne, to chyba zmieniła mu się perspektywa.
Zaczyna
się najciekawszy aspekt filmu: po czyjej stronie ma być widz? Mamy
psychopatę, który zgotował dzieciom straszną śmierć. Chociaż...
Niektóre sekwencje wskazują, że równie dobrze może być
niewinny. Po drugiej stronie barykady mamy zrozpaczonego ojca
dziecka. Tak zrozpaczonego, że cierpienie zmieniło go w psychopatę.
Właśnie ojciec, ze swoim spokojnym postanowieniem odzyskania głowy
córki, paraliżuje widza w fotelu. Nie zwłoki bez głowy, nie
podejrzenia wobec nauczyciela i nie brutalni policjanci, ale ta
postać stanowi o sile filmu. W pewnym momencie show kradnie mu
dziadek dziewczynki, który zna się na przesłuchaniach lepiej niż
jego syn (Ludzie, podobnie jak zwierzęta, najbardziej boją
się ognia).
Film jest wart uwagi także ze względu na nietypową stylistykę. Tu
nie ma mroku. Akcja utrzymana jest w ciepłej, jasnej scenerii.
Początkowe bicie podejrzanego odbywa się w opuszczonym budynku, ale
z dużymi oknami i w słoneczny dzień. Tak, potencjalny pedofil jest
przetrzymywany w piwnicy, ale z dobrym oświetleniem i przykuty do
fotela, w którym równie dobrze jakaś babcia mogłaby dziergać
szalik w zimowe wieczory. I moja ulubiona scena: pieczenie ciasta ze
środkami nasennymi, którym zajął się ojciec dziewczynki
(gwiżdżąc w takt wesołej piosenki) w czasie, gdy podejrzany
cierpiał w piwnicy.
Właśnie, podejrzany. Winny czy nie? Jeśli tak, to można wybaczyć
ojcu jego gniew i brutalność. Ale jeśli jest niewinny... Nie
pomaga nam tu powierzchowność bohatera, wygląda na dość
potulnego i (co oczywiste) przerażonego.
Film
jest jak bajka, ale niewygładzona, bo nie jest przeznaczona dla
dzieci. Wszystko pokazano z precyzją, nie ma niedopowiedzeń w
postaci cięcia montażowego w chwili łamania palców. Cały czas
świeci słońce (chyba, że jest noc albo akcja dzieje się w
piwnicy), jakby sugerując, że wszystko dobrze się skończy.
Jedynym zgrzytem jest tu postać mężczyzny na koniu, którego
jedyną funkcją jest chyba podkreślenie arabskiego wątku w
izraelskim społeczeństwie. A nie, przepraszam, on też się
przydaje- pożyczy komuś w pewnym momencie iPhone'a.
Film
zaliczany przez producenta do thrillerów, ale równie dobrze może
podchodzić pod kryminał. Chociaż dla takich filmów może istnieć
odrębna kategoria: mindfuck. Atmosferą przypomina nieco Siedem
z 1995 roku. Polecam oglądanie Dużych złych wilków
w dzień. Efekt pojawi się po zmroku.
czwartek, 6 marca 2014
Inferno
W ręku mam kolejną książkę
jednego z najpopularniejszych pisarzy kryminalnych na świecie. Mowa oczywiście
o Danie Brownie, który po raz kolejny znalazł się na ustach wszystkich
miłośników powieści w klimacie zabójstw, łamigłówek i nagłych zwrotów akcji. Do
tej pory nigdy nie zawiodłem się na tym autorze. Mam nadzieję, że podobnie
będzie i tym razem. Bohaterem powieści jest światowej sławy specjalista od
symboli Robert Langdon, który występował w każdej z poprzednich historii
Browna. Tym razem autor zabierze nas w świat poematu Dantego, a bohaterzy
pokażą nam tajemnicze i malownicze uliczki Florencji. Jak rozwinie się akcja?
Sam jestem tego ciekaw, a moją ocenę i recenzję przedstawię wam tak szybko, jak
uda mi się przeczytać powieść do końca. Tak więc siadam do lektury.
niedziela, 2 marca 2014
Z serii: detektyw i zbrodnie
Zaczynamy filmowo, bo od
ekranizacji. Najbardziej znanym miastem Norwegii jest Oslo, ale
Gunnar Staalesen umieścił akcję swojej powieściowej serii w mniej
zaludnionym, ale za to o wiele bardziej klimatycznym Bergen. Jest to klimat specyficzny, deszczowy, ponury i nieco mroczny-
wymarzone tło dla wszelkiego rodzaju przestępstw. I bardzo dobrze,
bo inaczej główny bohater nie miałby z czego żyć. Varg Veum jest
prywatnym detektywem, który niegdyś miał swój zawodowy epizod w
pracy socjalnej (gra go Trond Espen Seim, specjalizujący się w rolach drugoplanowych- ojciec rodziny z tragiczną historią w Zniknięciu z 2008). Nie wyszło, więc rozpoczął prywatną działalność.
Imię bohatera od razu budzi wilcze skojarzenia, stąd polski tytuł
serii- Instynkt wilka.
Kontakty z przeszłości ułatwiają Veumowi pracę
w dalszym ciągu, chociaż czasami dawni znajomi potrafią rzucić mu
kłodę pod nogi. Spośród nich najistotniejszą rolę odgrywa
wysoko postawiony funkcjonariusz policji Jacob Hamre, którego
postawa momentami budzi wątpliwości. Jest gderliwym przyjacielem czy
zazdrosnym rywalem w walce o rozwiązanie zagadki? W tej roli Bjørn
Floberg, znany szerszej
publiczności z roli ojca tytułowej bohaterki w Księdze Diny.
Seria
zdecydowanie z grupy tych mroczniejszych, ale pozwalających widzowi
na gimnastykę umysłową- wydarzenia układają się w logiczną
całość stopniowo, pozwalając w kulminacyjnym momencie otrzeć się
o rozwiązanie zagadki. Nie jest ono na tyle oczywiste, by wpaść na
nie już w połowie odcinka, co jest przekleństwem kryminałów o
schematycznej budowie.
Mocną
stroną Instynktu jest
postać Varga, niby pełna sprzeczności, ale przy bliższym poznaniu
spójna w swojej z lekka buntowniczej postawie. Idealne dopełnienie
dla głównego bohatera stanowi Hamre- nikt tak jak on nie wypatrzy
przejawów bezczelności detektywa. Może to kwestia kunsztu
aktorskiego, a może powierzchowności odtwórców ról, ale od obu
postaci bije aura ich życiowych zasad. Hamre za priorytet uważa
precyzję i trzymanie się reguł, Veum- dystans wobec tych wartości.
Duży dystans.
Na co
jeszcze można liczyć? Na pewno na bogactwo szczegółów- pobicia
wyglądają bardzo realistycznie, podobnie jak zwłoki bez kończyn
(nie wspomnę w którym odcinku, by nie psuć zabawy).
Subskrybuj:
Posty (Atom)



